Fenomen "nic się nie stało"

Uważam, że zwrot "nic się nie stało" jest stanowczo nadużywany. Od kiedy zostałam matką wręcz kaleczy mi uszy. Wszędzie to słyszę ileż można?


Dawno, dawno temu kiedy mama Gabi była na studiach przytrafiła jej się pewna sytuacja o której nie może zapomnieć. No po prostu nie mogę... Wsiadłam do autobusu o numerze 33 z uśmiechem od ucha do ucha, wracałam z zajęć sama bo zwolniona z jakiegoś ciężkiego egzaminu. O dziwo nie pamiętam z jakiego. Na przystanku przy Realu wsiadła kobieta z chłopczykiem tak na oko około 3 lat. To nie był chłopczyk to był szatan! Biegał, skakał, wyzywał matkę. Dopatrywałam się jakiejś choroby, ale dziecko potrafiło się skupić na swojej zabawce, by po chwili zrobić na złość matce. Mój banan zaczął schodzić mi z twarzy bo najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się żal. Myślałam co jest z tym dzieckiem? Może to jej wina? Patrzyłam na sprawę jako dziewczyna z głową pełną ideałów. W pewnym momencie chłopczyk ustał naprzeciwko drzwi i nagle rzucił się biegiem w ich kierunku, kopiąc nieszczęsną uszczelkę po między nimi. Patrzę na matkę zero reakcji. Zdziwiłam się i obserwuje dalej, słychać tylko w odstępnach czasowych łup, łup, aż nagle wielki donośny płacz. Noga małemu gangsterowi ześlizgnęła się i całkiem nie naturalnie wygięła. Matka zerwała się na równe nogi i od razu wrzeszczy "nic się nie stało!!!" .... 


Gabi uwielbia towarzystwo innych dzieci. Bywamy wśród wielu brzdąców. Zabawie dzieci towarzyszą mniejsze lub większe kontuzje, zazwyczaj taki delikwent tylko się wystraszy wtedy takie nic się nie stało ma rację bytu. Gdy dziecko zetrze kolano i leci krew to dla mnie nie jest nic. Gdy dziecko spadnie z równoważni i ma wielkiego siniaka to także nie jest nic. Czemu zatem rodzice bagatelizują sprawę? Czy w ten sposób można zahartować dziecko? Skoro nic się nie stało to przecież dalej można skakać z ostatniego szczebelka drabinek. Podejdzmy do sprawy inaczej. Mi bardzo często zdarza się wleźć na jakiś mebel lub testować swoją wytrzymałość uderzając stopą o drzwi. Matka nie jest doskonała ani idealna. Często zaspana, zmęczona i przypadki chodzą po matkach. Boli i czy ja sobię krzyczę wtedy nic się nie stało? Nie, zdarza mi się krzyknąć, ale to wtedy jest głośne "ała". Tak samo reagują dzieci płaczem bo boli, bo dziecko nie rozumie dlaczego spadło z tej cholernej huśtawki. Rodzic mówiąc "przecież nic się nie stało" daje sygnał, że można próbować dalej. Przecież takiemu maluchowi warto wytłumaczyć co się stało. Przyczyna - skutek, banalnie proste. Przykład?

Mała z uporem próbuje wejść na niewielką piłkę z basenu. Kątem oka dostrzegam niebezpieczeństwo, tłumaczę, że nie wolno. Gabi uparciuch włazi dalej w pewnym momencie słyszę klap. Spadła na tyłeczek i siłą rozpędu główka leci na dywan (całe szczęście). Mimo wszystko dziecko me włącza syrenę. Podbiegam biorę w ramiona przytulam i od razu mówię "widzisz mama mówiła, że będzie bach. Nie wolno wchodzić na piłeczkę, boli Cię główka?". Po czym Gabi kręci energicznie głową i uspokaja się. Proponuje Jej inną zabawę piłkami. 

Gabi lubi coś nosić, w zasadzie nie ważne co, ale preferuje koszyki. Ostatnio nosiłka piramidkę z Ikei ku mojemu sprzeciwu. Zabawka spadła i uderzyła Okruszka w stopę. Oczywiście, że bolało. Gabi robi podkówkę i znowu tłumaczę przytulam. Efekt? Gabi nie nosi piramidki, a za jakiś czas pokazuję by trzymała w obu rączkach. Słucha mnie ;) i cieszy się. 

Zdarzają się sytuacje bez kolizyjne. Czasami udaję mi się użyć swojej charyzmy i unikamy zdarzenia "nic się nie stało".


Przyczyna-skutek. Moje dziecko jest w okresie buntowniczym. Bardzo często wymusza i próbuje sił. Na moje "nie", Gabi reaguje złością i robi na przekór. Co mam zrobić? Wyrywać z rąk, ganiać po całym domu? Ja wybrałam inną drogę, tłumaczę, mówię, gadam, gderam. Zasada szacunku do dziecka sprawdza się. Moje monologi trafiają do tej małej łepetynki. Nie używamy zwrotu "nic się nie stało". Zawsze się coś dzieje takie prawa fizyki. 

7 komentarze:

  1. zgadzam się - my też nie używamy "nic się nie stało"

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie "nic się nie stało' to tłumienie emocji dziecka, dajemy mu do zrozumienia, że jego uczucia nie są ważne. Moi rodzice często tak reagowali, gdy Młody upadał ucząc się chodzić. Od razu na ręce i "nic się nie stało" - ja wolę pogadać, zapytać "co się stało? upadłeś? pokaż gdzie? Boli Cię, pokaż co cię boli?" albo do starszego dziecka: "powiedz jak to się stało?" - i dziecko zamiast na płaczu koncentruje się na wyrzuceniu z siebie emocji, najczęściej zamiast płakać zaczyna pokazywać na migi lub opowiadać historię zdarzenia. to chyba lepsze niż bagatelizowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie Gabi też mi tak pokazuje :)

      Usuń
  3. Brawo !
    Dzięki właśnie takim postom zaczynam powoli rozumieć jak można współpracować z dzieckiem.
    Fajnie jest nauczyć się czegoś nowego od doświadczonych mam.
    Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Z tego co czytam to masz w miare spokojne dziecko to i rozmowy działają. Ale zapominasz chyba, że są różne dzieci :) Moja córka to przykład high need baby i jej nie da się wytłumaczyć czegoś. Pomimo rozmów i monologów i tak zrobi swoje ponownie ba nawet kilkukrotnie i uczy się na błedzie dopiero za któymś razem.

    OdpowiedzUsuń

 

Google+ Followers

Instagram

Obserwuj nas przez e-mail