Słowotwórstwo

Słowa to dzięki nim się komunikujemy. Moje dziecko zna sporo słów, wspominałam o tym TU i TU. Oprócz standardowych mama i tata do słownika Gabi cały czas dołączają nowe, a te które już są ewoluują. Co sprawia, że jedno dziecko zaczyna ich używać wcześniej, a inne później? Czy są to predyspozycje genetyczne, a może przypadek?  Tego nie wiem. Mogę wypowiedzieć się (a raczej wypisać) tylko o swoim dziecku i o tym co zasłyszałam od znajomych. 



Obecnie Gabi konstruuje zdania złożone z dwóch słów. Coraz częściej słyszę mama daj, tata daj, duda papa. Cieszy mnie to bo coraz lepiej ją rozumiem. Mała próbuje naśladować wszelkie dźwięki z otoczenia. Wie jak szczeka pies, miauczy kot, jaki dźwięk wydaje radiowóz, jak robi piłka. Większość dzięki sławnej Księdze Dźwięków, ale ja też upatruję swoje zasługi w tym sukcesie. Ogólnie rzecz ujmując jestem gadułą, uwielbiam gadać. Bywa, że prowadzę monolog, a mąż cierpliwie słucha. Jeśli jesteśmy same zwracam się do Gabi jak do dorosłego człowieka, bez zdrobnień, o dziwo bez monologów. Zachęcam swoje osobiste dziecko do udziału w dyskusji. Pytam jak myślisz? Co Ty na to? Widziałaś? Jak jest tego rezultat?



Gabi oprócz słów, które znamy obydwie używa innych dźwięków a czasem gestów. Podczas rozmowy z sąsiadem żywo gestykuluje, wymieniają uśmiechy,a to już komunikacja werbalna. Wygląda to przeuroczo jak taka mała dziewczynka, marszczy czoło, podnosi rączkę i macha jakby coś tłumaczyła 60 latkowi za płotu. Nigdy nie miałam takich dobrych relacji z sąsiadami, teraz gdy wychodzimy na podwórko wszyscy machają do Gabi, dają do pogłaskania kotki i psy. Mamy też profity żółte maliny, poziomki i jabłka. 
Oprócz blisko dźwięcznych ideału słów typu "pampa" co oznacza lampę, "pampe" - pampersa Gabi zaczynała od tylko sobie znanych. Bardzo długo lampa była "dyndą". Gdy tylko jakąś zobaczyła wołała "dynda". Najwięcej radości sprawiła klientom pewnego sklepu z opierzoną lampą. Miała maślane oczy i w kółko powtarzała "dynda, dynda". Słowem tym zrobiła furorę w naszych kręgach i bynajmniej nie mam na myśli tych z google plus. Dynda przyjęła się na tyle, że pół okolicy mówiło tak na lampy i śmiechów nie było końca gdy Gabi zapytana "gdzie jest dynda" bez wahania pokazywała pierwszy lepszy żyrandol i krzyczała "dynda". Dumałam skąd się wzięło to "dynda" i oświeciło mnie. Kiedyś pokazałam jak właśnie dynda się lampa nad stołem, oczywiście wszystko skomentowałam w najmniejszym detalu. Z pewnością jest w tym moja zasługa. Nie przeszkadzało mi to słowo, aż do czasu gdy P. zapytał Gabi gdzie jest dynda.... Tak się zafiksowałam, że poprawiałam każdego zdyndowanego człowieka. Tłumaczyłam, że to utrwali się, że  przecież to lampa. Wiecie co osiągnęłam? Gabi pokazuję paluszkiem i mówi "pampa", a gdy zapytam "a co robi lampa" usłyszę, że "dynda". Sukces? Jak najbardziej. 
Otoczenie dorosłych bardzo chętnie korzysta z takich stworzonych na potrzebę dzieci słów. U mnie domu do tej pory mówimy "belka" a nie butelka, ponieważ właśnie takiego skrótu używała Lena, moja najmłodsza siostrzenica. Lena ma mądrą siostrę, która jako jedyna nie używała nowo powstałych słów. Może dzięki niej mówi właściwie. 
Uważam, że bardzo ważne jest poprawne mówienie przy dziecku. Owszem jest to śmieszne i zabawne, ale co jak naprawdę się to utrwali? Cieszę się gdy Gabi "wymyśli" nowe słowo całkowicie przyporządkowane do jednego przedmiotu. Owszem używamy go przez jakiś czas. Obecnie na tapecie mamy "Dida" (Vicek). Gabi woła go po swojemu, ale ja używam jego właściwego imienia. Dzięki czemu Mała będzie starała się powtarzać za mną aż w końcu "Dida" zostanie "Ickiem" czy czymś bardziej podobnym. Inaczej mówiąc nie pielęgnuje tego co jest zabawne dla otoczenia, nie mobilizuje Gabi do mówienia tego słowa bo przecież można się pośmiać, ale tym samym dajemy sygnał dziecku, że mówi świetnie i ta lampa jest "dyndą" bo przecież wszyscy się cieszą i biją brawo. 


Oprócz tego dbam o ćwiczenia języczka. Gabi bardzo chętnie klaszcze jęzorkiem udając konika. Naśladuje dźwięki nie tylko te z Księgi, ale również zasłyszane na ulicy czy też ode mnie. Do słownika wkraczają "nala" (nara), halo, coś podobnego do cześć i wiele innych. Te słowa bardziej podobne do ideału typu bamba (banan), iłka (piłka), anka(pianka z kąpieli) najbardziej cieszą moje uszy. Jednocześnie dbam by w otoczeniu nie oklaskiwano tych śmiesznych zupełnie nie podobnych słów, choć nie do przesady czasami śmiejemy się obie bo Gabi doskonale wie, że coś nie tak. Jak to jest u Was?

3 komentarze:

  1. Na ostatnim zdjęciu cały Twój P! Tatusiowa córeczka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hihihi, usmialam sie czytajac tego posta! Zobaczylam dokladnie siebie z czasow kiedy moja coreczka zaczynala mowic. Czyli mame na kazdym kroku schizujaca na punkcie rozwoju swojego dziecka. I nie ma w tym nic zlego, absolutnie! Tyle, ze sama zobaczysz - przy kolejnych sie znacznie wiecej odpuszcza. :)

    Na przyklad, przekrecanie wyrazow. Moja mala nie spala nigdy z maskotkami, ona upodobala sobie swoj puchaty, niemowlecy kocyk. A my pytalismy "chcesz sie przykryc kocykiem", albo mowilismy, ze "Bi spi z kocykiem". I te slowo "kocykiem", Bi przeksztalcila sobie na "kikiel" i tak jej zostalo, ze kocyk=kikiel. Tak jak Ty z lampa, zaczelam ja poprawiac i wsciekac sie na meza kiedy pytal ja czy chce kikiel. Moje poprawiania spelzly na niczym, bo Bi i tak uparcie powtarzala "kikiel" i "kikiel". W koncu odpuscilam i niedawno z zaskoczeniem dotarlo do mnie, ze Starsza mowi normalnie "kocyk". Kiedy wyrosla z tamtego dziecinnego okreslenia? Nawet nie wiem... :)

    Co do tego jak szybko dziecko zaczyna mowic to tu chyba najwieksze znaczenie ma czysta genetyka. Mam dwoje dzieci. Corka zaczela mowic pozno, mimo ze miala moja i meza niepodzielna uwage, ze o dziadku i ciocio-babci juz nie wspomne. Ogolnie ciagle ktos cos do niej nawijal, opowiadal oraz nazywal przedmioty. I co? Do drugich urodzin mowila praktycznie wylacznie: mama, tata, Bella (imie psa) oraz Koko (przekrecone imie brata). A po skonczeniu dwoch lat, rozwoj mowy poszedl juz lawinowo. Po przykladzie siostry, zupelnie nie oczekiwalam, ze synek zacznie mowic cokolwiek oprocz pojedynczych wyrazow do drugich urodzin. Szczegolnie, ze przy dwojce malych dzieci kompletnie nie mialam czasu zeby siedziec tak jak kiedys z Bi i powtarzac: tu jest piesek, a tu domek, itd. Poza tym wiele osob twierdzilo, ze chlopcy zazwyczaj zaczynaja mowic pozniej. A tu niespodzianka! Niko gada jak nakrecony, probuje powtarzac kazdy wyraz, a jego slownik poszerza sie niemal dziennie! Szok! Nie zaczal mowic "wczesnie", bo jest mniej wiecej na poziomie Gabi, a jest kilka miesiecy starszy (21 miesiecy), ale siostre w jego wieku bije na glowe!
    I to jest dwoje dzieci tych samych rodzicow! :)

    Ale powiem Ci, ze przynajmniej na przykladzie moich, to bylo do zauwazenia juz w niemowlectwie. Bi zaczynala gaworzyc ksiazkowo, potem w odpowiednim czasie pojawily sie pierwsze sylaby. Ale nigdy nie "gadala" duzo. Za to Nikowi juz w wieku kilku miesiecy buzia sie nie zamykala. On jeszcze siedziec nie umial, ale podparty o poduszki, zeby mial buzke na wysokosci naszych twarzy, natychmiast zaczynal wyglaszac dlugie "przemowy". I jak to wspominam, to bylo do przewidzenia, ze corka bedzie mowic niechetnie, bo jej to zwyczajnie nigdy nie interesowalo. Natomiast synek od malego byl gadula i teraz widac tego efekty. :)

    W kazdym razie fajnie, ze Gabi tak szybko zaczela mowic. Komunikacja werbalna jednak bardzo ulatwia zycie. Szczegolnie dotkliwie odczulam to przy corce. Codziennosc stala sie latwiejsza odkad potrafi powiedziec, ze chce biszkopta, zamiast stac pod szafka i sie drzec. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie rzeczywiście to genetyka. W zasadzie co rodzina to inne doświadczenia.

      Usuń

 

Google+ Followers

Instagram

Obserwuj nas przez e-mail