Nieuniknione

Decydując się na dziecko nie widziałam obrazów pełnych grozy. Krwi, rozciętego czoła, nie słyszałam bólu swojego dziecka. Chyba nikt normalny o tym nie myśli. Przecież mojemu dziecku się nic nie stanie. Wszystko będzie dobrze. Idealnie tak jak powinno być. 
Jednak pewnego dnia chwila nie uwagi i stało się.... Dziecko siedziało na krawędzi łóżka malowało usta pomadką swojej siostrze. Nóżki dyndały do podłogi zostało kilka centymetrów. Chyba zapomniała, że miała zejść, a ja tuż obok nie zdążyłam złapać... Moja mała córeczka straciła równowagę i runęła jak długa na samochodzik służący do transportu kucyków. Płacz... w swojej naiwności myślałam, że tylko się uderzyła. Dopóki nie trysnęła krew. Warga rozcięta pod wargą również, moment pojawiła się opuchlizna. Szybko wzięłam dziecko na ręce przytulam chodzę, próbuje uspokoić w między czasie udzielam pomocy. Pocieszam przykładam gazę do rany, próbuje ochłodzić... Zbiegła się cała rodzina. Ja już płaczę i o mało nie mdleję z wysiłku i ze strachu. Jedziemy na pogotowie. Po drodze Gabi widzi drzewa mówi 'fiu fiu" z tą wielką opuchlizną uśmiecha się od ucha do ucha. Rana rozszerza się krew leci. Na izbie szybciutko, chirurg ogląda mówi nic poważnego. Gabi się drze  wniebogłosy ale leży grzecznie. Pielęgniary namawiają doktora by założył plasterki ściągające. Zakłada trzy i jeden duży. Gabi się wkurza wytrzymuje kilka minut w plastrach. Zrywa wszystkie, po chwili uspokaja się i dalej robi swoje "fiu fiu". Bierzemy plastry do domu z zamiarem naklejenia jak uśnie. Opuchlizna schodzi, Gabi normalnie je i pije, ba nawet myje sama beby (zęby) ja nie mogę na to patrzeć w obawie, że zrobi sobie krzywdę. Nic takiego się nie dzieje. Usypia normalnie. Nie naklejamy plastrów bo przez swoje podróżowanie po łóżeczku może sobie oderwać i będzie jeszcze gorzej. 

Podczas wizyty u rodziny i przymusowej obecności w szpitalu słyszę, nie wychowasz dziecka bez tego. Małe pocieszenie...Te słowa traktowałam jako ewentualną wymówkę dla siebie bo przecież mogłam złapać, mogłam temu zapobiec każąc usiąść normalnie. Obwiniam siebie i być może mi przejdzie. Zdaje sobie sprawę, że nie jeden guz przed nami. Jednak poczucie winy nie pojawiło się samoistnie. Mała znajdowała się tuż obok i traktuje to jako swoje zaniedbanie. Cóż taka jestem. Przyznaje się bez bicia. 

Całe szczęście, skończyło się całkiem dobrze. Trzymajcie kciuki by nie została się blizna.
Na zdjęciu Gabi kilka godzin przed tym wypadkiem :/


4 komentarze:

  1. Sądzę, że nie jesteś w stanie wszystkiemu zapobiec. Dobrze, że tak się skończyło. Mój Podopieczny ma rok, a jest wszędzie i non stop ma jakieś urazy i chodzi ciągle podrapany i posiniaczony.. I nie ważne ile osób go pilnuje, zawsze coś zmaluje... Jak to mówią "do wesela się zagoi". Jeśli używałaś octenisept i go masz możesz psiknąć na swój palec i posmarować tą ranke. Nie szczypie a ładnie się zagoi.
    Ja.również tego używam na ranki u Podopiecznych w taki sposób i nic się nie dzieje złego.

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. No nie unikniemy tych wypadków niestety :(
    Jedyne pocieszenie w tym takie, ze być może następnym razem dziecko będzie bardziej ostrożne. Choć wiadomo - może się nauczyć dopiero po kilku wypadkach...
    Trzymam kciuki co by takich wypadków było jak najmniej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech, niestety takich wypadkow nie unikniemy... Moja cora kiedys biegla za mna i wywalila sie jak dluga na rownej podlodze w jadalni! Rozciela warge lekko, ale ja prawie zemdlalam na widok buzi pelnej krwi... :( A synek, w listopadzie, kiedy byl chyba mniej wiecej w wieku Gabi, tez szedl ze mna, poslizgnal sie na mokrym chodniku i rabnal czolem centralnie w kant schodow. Jak zobaczylam te rozciecie to normalnie zrobilo mi sie goraco! Wpakowalam go do samochodu i popedzilam na pogotowie, ale z nerwow prawie nie pamietalam drogi (a to raptem 10 min. od domu) i caly czas go zagadywalam trzesacym sie glosem, bo ubzduralam sobie, ze to moze wstrzasnienie mozgu i nie moge pozwolic mu usnac. :D Skonczylo sie na szczescie na kleju do ran i strachu...
    Dobrze rozumiem Twoje wyrzuty sumienia, bo po tym wydarzeniu z synkiem tez nie moglam sobie darowac, ze pozwolilam mu isc samopas, zamiast wziac go za reke... :/ Pocieszam sie, ze takie rzeczy sa naprawde nie do przewidzenia, a pod calkowitym kloszem dziecka zwyczajnie NIE da sie utrzymac...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem co czujesz :(.
    Ja z już dawno temu byłam z Lilą na pogotowiu. Była malutka jak spadła mi z kanapy. Myślałam, że umrę ze strachu.
    Dzieciaczki są bardzo silne i znoszą to wszystko lepiej niż my.
    Całuski dla Was :*

    OdpowiedzUsuń

 

Google+ Followers

Instagram

Obserwuj nas przez e-mail